
„Heheszka do kawy” to w założeniu będą krótkie wpisy o zabawnych lub absurdalnych sytuacjach, których „winna” jest oczywiście tylko Francja. Przecież nie godzi się przyznać, że wyniknęły one z mojego zamotania, niewiedzy lub dalekiej od doskonałości znajomości języka.
Swego czasu, ładnych kilka lat temu, wylądowałem (pszypadeq?) na francuskim SORze. Ku utrapieniu wrogów moich nie było to nic poważnego, a moja żona szybko i sprawnie ogarnęła sprawy formalne. Pan doktor okazał się kumaty w mojej drobnej dolegliwości. Przeprowadził szybkie badanie, postawił diagnozę i podał lek. Znaczy postawił… potwierdził co mu powiedzieliśmy, bo inna być nie mogła 🙂 Tak czy siak medyk zrobił bardzo dobre pierwsze, drugie i trzecie wrażenie.
Tu do akcji wkraczam ja- cały na biało…
Zakładając że w przyszłości sytuacja może się powtórzyć, postanowiłem wykazać się przed żoną nadludzką przenikliwością umysłu. Radośnie zakomunikowałem, że jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi się tu pojawić, to nie ma problemu bo już wiem do którego lekarza uderzać żeby pomógł. Oczywiście nie byłem w stanie podać jego nazwiska, ale nie była to dla mnie żadna przeszkoda w zidentyfikowaniu medyka. Wiedziałem, że moim lekiem na całe zło jest „pan doktor, który ma na plecach na fartuchu napis SAMU 34…”
Co na to życie? Życie mówi, że SAMU 34 ma na plecach cały personel medyczny w departamencie o tym właśnie numerze (Hérault).
To było dawno temu, ale śmiechom nie było końca… A przynajmniej do czasu, aż do domu przyszły 3 mandaty za prędkość z tego właśnie dnia. Ale to już osobna historia.


